ZAPRENUMERUJ  |  WYPISZ
Czy uważasz że powrót do 8 klasowej podstawówki oraz likwidacja gimnazjów to dobra zmiana?
TAK
NIE
Nie wiem
    wyniki »
WSZELKIE PRAWA
ZASTRZEŻONE
CREATED BY ASWS - 2008
PRAWO

Rząd chce ograniczyć dostęp służb do billingów

Skrócenie przechowywania danych telekomunikacyjnych z 2 lat do roku, ograniczenie dostępu do billingów tylko do zwalczania przestępstw, powołanie w tajnych służbach pełnomocników kontrolujących ich wykorzystanie - proponuje minister Jacek Cichocki. Cichocki, który jest sekretarzem rządowego Kolegium ds. Służb Specjalnych, powiedział w poniedziałek dziennikarzom, że inną propozycją byłoby powołanie przez Sejm niezależnej 6-osobowej komisji, która kontrolowałaby pracę operacyjną służb specjalnych, zwłaszcza pod kątem przestrzegania praw obywatelskich. "To byłaby rewolucja, ale w dobrym kierunku" - ocenił Cichocki.
Według ministra prace Kolegium nad tymi propozycjami na razie nie zyskały "zarysu aktu prawnego"; jeszcze w lipcu ma je opiniować całe Kolegium. Cichocki dodaje, że we wrześniu odpowiedni projekt zmian wielu ustaw mógłby być przyjęty przez rząd. Przyznaje zarazem, że byłoby to już zadanie dla nowego rządu i Sejmu - "by nasi następcy mogli się tym zająć i dać wyraz publicznym potrzebom ograniczenia dostępu do tych danych".

Propozycje Cichockiego wynikają z wystąpienia, jakie do premiera Donalda Tuska skierowała w styczniu br. Irena Lipowicz, Rzecznik Praw Obywatelskich. Stało się to w związku z dyskusją nad udostępnianiem organom państwa, w tym służbom specjalnym, danych telekomunikacyjnych obywateli - czyli informacji, czyj jest dany numer telefonu komórkowego, wykazów jego połączeń, danych o lokalizacji telefonu, a także numeru IP komputera. Dziś operatorzy muszą na własny koszt i na każde żądanie udostępniać te dane, częściowo także on line. Mają też nakaz najdłuższego w UE czasu przechowywania danych - przez dwa lata (w większości krajów UE jest to pół roku). W ub.roku uprawnione organy pytały o te dane 1,4 mln razy - co jest rekordem w UE.
RPO podkreślała, że służby nie muszą uzyskiwać zgody sądu na dostęp do billingów, jak jest to konieczne np. przy podsłuchach. Służby nie są też tu związane warunkami "kontroli operacyjnej" - która jest możliwa tylko, jeśli "inne środki okazały się bezskuteczne" i dotyczy wyłącznie ściśle określonych przestępstw. Lipowicz zwracała uwagę, że istotna część danych nie podlega zniszczeniu, nawet gdy okazały się nieprzydatne. Podkreślała też, że prawo nie przewiduje wyłączeń od zasady swobodnego dostępu służb do billingów żadnej kategorii użytkowników - choć mogą być one objęte tajemnicą notarialną, adwokacką, radcy prawnego, lekarską lub dziennikarską.
Organizacje pozarządowe domagają się skrócenia czasu przechowywania billingów, zmniejszenia kręgu służb uprawnionych do dostępu do nich, ograniczenia możliwości ich wykorzystywania do zwalczania najpoważniejszych przestępstw oraz publikowania statystyk uzyskanych danych i celów ich zbierania. Dziś po te dane sądy sięgają nawet w sprawach rozwodowych, co jest sprzeczne z dyrektywą UE. SLD zaskarżyło już do Trybunału Konstytucyjnego nieograniczony dostęp służb do billingów.
Odpowiadając w marcu Lipowicz, Cichocki zapowiadał, że rząd nie będzie bronił obecnych rozwiązań. Premier powołał w Kolegium zespół roboczy do wypracowania zmian.
W poniedziałek Cichocki przedstawił dziennikarzom pierwsze wyniki prac. Jego zdaniem można ograniczyć czas "retencji" danych z dwóch lat do roku, bo służby z reguły właśnie w ciągu pierwszego roku występują o billingi podejrzewanych o przestępstwa.

Oto inne propozycje zmian:
- po dane telekomunikacyjne można by sięgać tylko przy podejrzeniu popełnienia przestępstwa (i to takiego, za które grożą co najmniej 3 lata więzienia oraz tych popełnianych drogą komputerową);
- przy służbach uprawnionych dziś do pobierania billingów powołano by specjalnych pełnomocników, którzy kontrolowaliby ich wykorzystywanie; pełnomocnicy ci mieliby prawo wglądu we wszystkie materiały swej służby i byliby nieusuwalni bez zgody premiera;
- statystyki pobranych danych telekomunikacyjnych i liczba osób, których to dotyczyło, byłyby jawne (ale już nie to, wobec kogo je pobrano); ponadto obywatel nie miałby prawa do wiadomości że jego billingi pobrano (chyba, że zostałby oskarżony o przestępstwo);
- billingi, które okazałyby się nieprzydatne w danej sprawie, byłyby niszczone;
- prokuratury miałyby dostawać od służb informacje o wszystkich przypadkach pozyskania billingów w danym śledztwie (dziś nie ma takiego obowiązku, co np. negatywnie wpłynęło na wyjaśnianie sprawy porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika).
Cichocki nie widzi możliwości sądowej kontroli nad dostępem do billingów oraz wyłączenia spod tych przepisów np. dziennikarzy. Minister powtórzył, że billingi nie dotyczą treści przekazywanych dziennikarzowi, lecz tylko samego kontaktu danej osoby z nim. Media wiele razy podkreślały, że swobodny wgląd służb czy prokuratury w billingi reporterów grozi ujawnieniem ich źródeł, które są prawnie chronione.
Inną propozycją jest powołanie przez Sejm 6-osobowej komisji, która kontrolowałaby służby specjalne. Członkowie komisji (jej szef i zastępca byliby sędziami) byliby niezależni od władzy wykonawczej. Powoływani byliby na 6-letnią kadencję, co 3 lata zmieniałaby się połowa jej składu. Członkami komisji nie mogliby być oficerowie i agenci służb PRL.
Komisja uzyskiwałaby wgląd w najbardziej wrażliwe akta służb i przesłuchiwałaby ich funkcjonariuszy. Jej sprawozdania byłyby częściowo jawne. "W państwach, gdzie powstały takie organy, afery ze służbami specjalnymi się skończyły" - podkreślił Cichocki. Zwrócił uwagę, że takie niezależne komisje działają m.in. w Kanadzie, Belgii, Szwecji. Według Cichockiego, organ taki mógłby zacząć działać w 2013 r. i - jak podkreślił - nie zastępowałby sejmowej speckomsji (która nie może występować np. o materiały służb, a tylko pytać o określoną sprawę ich szefów lub funkcjonariuszy).
Sprawa swobodnego dostępu służb do billingów stała się głośna po publikacji "Gazety Wyborczej". W październiku 2010 r. napisała ona, że w latach 2005-2007 służby sięgały do operatorów po billingi i logowania telefonów, by ustalić źródła informacji dziennikarzy krytykujących ówczesne władze - to samo dzieje się także dziś.

Łukasz Starzewski (PAP)

Trybunał w Strasburgu: nie karać za publikację bez autoryzacji

Nie można karać dziennikarza za publikację wywiadu bez autoryzacji - uznał we wtorek Europejski Trybunał Praw Człowieka, który rozpatrywał skargę redaktora naczelnego "Gazety Kościańskiej" Jerzego Wizerkaniuka. Zasądził też dla niego ponad 8 tys. euro odszkodowania. Uznał, że doszło do naruszenia art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, gwarantującej wolność wypowiedzi.

Wobec Jerzego Wizerkaniuka, redaktora naczelnego „Gazety Kościańskiej” w 2003 r. zostało wszczęte postępowanie z art. 49 prawa prasowego w zw. z art. 14 pr. pras., ze względu na brak autoryzacji wypowiedzi prasowej. Redaktor opublikował wywiad, opatrzony zdjęciem posła, bez jego wyraźnej i jednoznacznej zgody. Postępowanie w sprawie przeciwko skarżącemu zostało warunkowo umorzone na rok, a skarżący został zobowiązany do zapłaty kwoty l 000 zł na wskazany przez sąd cel społeczny.
Redaktor złożył skargę do Trybunału Konstytucyjnego (SK 52/05), który jednak uznał regulacje dotyczące autoryzacji za zgodne z Konstytucją oraz do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (skarga nr 18990/05).
Wbrew orzeczeniu TK, ETPCz uznał, że postępowanie karne oraz sankcje nałożone na dziennikarza były nieproporcjonalną ingerencją w prawo do wolności słowa. ETPCz podzielił tym samym zdanie odrębne prof. A. Rzeplińskiego, zgłoszone do wcześniejszego wyroku TK.  

W wydanym wyroku, ETPCz podkreślił przede wszystkim, że polskie sądy zignorowały dwa bardzo istotne czynniki dla właściwej oceny sprawy. Po pierwsze, sądy krajowe w ogóle nie odniosły się do treści wywiadu oraz nie badały, czy publikacja rzeczywiście zniekształcała oryginalne wypowiedzi polityka, przedstawiała je w fałszywym ub zmanipulowanym kontekście, a także czy faktycznie naruszyła dobre imię polityka.
Po drugie polskie sądy nie uwzględniły statusu osoby udzielającej wywiadu dziennikarzowi- tj.  tego, że był on wówczas czynnym politykiem, posłem na Sejm RP. Bez wątpienia  był zatem osobą publiczną, od której oczekuje się, aby była przygotowana na to, że jej działalność będzie przedmiotem szczególnego zainteresowania opinii publicznej. “Już sam brak rozróżnienia w podejściu do osób publicznych i prywatnych w sprawie z zakresu wolności słowa w praktyce polskich sądów jest niezgodny z utrwalonym orzecznictwem Trybunału, które konsekwentnie akcentuje, że granice ochrony przed krytyką osób publicznych są znacznie węższe niż w przypadku innych obywateli” – podkreślił ETPCz w uzasadnieniu orzeczenia.
Trybunał skrytykował także obowiązujące w Polsce przepisy  prawa prasowego nakładające obowiązek uzyskania autoryzacji oraz przewidujące sankcję karną za brak jego dopełnienia. Trybunał zaznaczył, że przepisy te dają obecnie osobie udzielającej wywiadu łatwe narzędzie, aby zablokować jakąkolwiek publikację wypowiedzi, którą po czasie uznają za niewygodną, choćby w pełni odzwierciedlała wypowiedziane przez nie wcześniej słowa. Obowiązujące przepisy nie wymagają podania uzasadniania dla odmowy autoryzacji, nie określają także ram czasowych na jej udzielenie, przez co osoby udzielające wywiadu mogą swobodnie odwlekać jego publikację. Zdaniem Trybunału, obowiązek ten może w nieuzasadniony sposób spowalniać obieg informacji i powodować, że zgromadzony przez dziennikarza materiał straci na wartości jako nieaktualny. 

Trybunał zwrócił także uwagę na to, że obecna regulacja może zachęcać dziennikarzy do tego, aby unikali bezpośredniego cytowania interlokutorów z obawy, że zablokują publikację odmową autoryzacji. Paradoksalnie bowiem przytaczanie cudzych wypowiedzi nie jest objęte takim obowiązkiem. Ponadto, ETPCz wskazał na inne dostępne w polskim porządku krajowym cywilne środki prawne (np. powództwo o ochronę dóbr osobistych), które z jednej strony nie są tak dotkliwe jak postępowanie karne (dopuszczalne przez Trybunał jedynie w skrajnych przypadkach nadużycia wolności słowa, takich jak np. mowa nienawiści), a jednocześnie środki te w wystarczający sposób chronią interesy osób udzielających wywiadów dziennikarzom, którzy dopuszczają się naruszenia zasad rzetelności zawodowej.

Źródło: Obserwatorium wolności mediów w Polsce Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka


 

Adres odbiorcy:  
Twój adres e-mail:
Twój podpis (opcja):
Temat wiadomości:
Treść listu: